Przejdź do głównej zawartości

Kino dyskomfortu, czyli "Faworyta" Lanthimosa



Chciałoby się sparafrazować znany cytat w następujący sposób – jaki Lanthimos jest, każdy widzi. Jeśli znacie inne filmy tego reżysera, możecie domyślić się, jakiego rodzaju doświadczenia czekają na Was w trakcie seansu „Faworyty”. Twórca ten bowiem pozostaje wierny swojej stylistyce. Jeśli jej nie znacie, zaraz podpowiem Wam, czego możecie się spodziewać.
„Faworyta” przenosi nas w świat XVIII-wiecznej Anglii. Znajdujemy się na królewskim dworze. Mimo burzy w sferze politycznej, tło zostaje nam jednak tylko nakreślone i pełni przede wszystkim funkcję wzmacniającą napięcie i pretekst do kolejnych strategicznych przepychanek między bohaterami. Przez cały czas pozostajemy za kulisami wydarzeń i śledzimy kolejne poczynania przede wszystkim dwóch kobiet niczym rozgrywających partię szachów: Sarah (Rachel Weisz) i Abigail (Emma Stone).
Lanthimos zastosował kilka technik dystansacyjnych, które w szczególności w pierwszej części filmu znacznie wpływają na jego doświadczanie. Widz co jakiś czas jest wyrzucany ze świata rzeczywistości filmowej, a jego przyzwyczajenia i schematy odbioru są łamane. Co więcej, Grek nie szczędzi zabiegów dla widza pod wieloma względami nieprzyjemnych – co także uznać można dla niego jako twórcy charakterystyczne. A dotyczy to zarówno warstwy wizualnej, jak i treściowej. Sceny wysoce naturalistyczne, wulgarne, ukazujące zezwierzęcone oblicze człowieka szokują jeszcze bardziej ze względu na kontrastowe powiązanie ich z bohaterami czy sytuacjami. W najmniej oczekiwanym momencie słychać dosadny i prostacki komentarz ze strony szlachcianki czy też na ekranie pojawia się nader sugestywna scena erotyczna. Wszystko więc opiera się na łączeniu ze sobą kontrastów i uzyskiwaniu efektu absurdalności, co często stanowić ma pewien ironiczny komentarz.
Zachowania i wykreowane postaci są przerysowane, ich cechy wyolbrzymione, przez co zyskujemy wrażenie teatralizacji. Nawet muzyka, nadmiernie patetyczna, a wręcz pompatyczna nadaje sytuacjom sztuczności i zabiera wiarygodność. Co więcej, utwory najbardziej w swej wymowie „barokowe”, drażniące swą emocjonalną hiperbolizacją, pojawiają się w chwilach kojarzonych z subtelnością, co czyni z bohaterów karykatury, a odbiorcę rozdrażni.Świat ten jest więc ukazany w krzywym zwierciadle. Akcentuje to także zastosowanie specyficznego efektu „rybiego oka”.
Istotne jest nawiązanie do antycznego dramatu. Wskazuje na to nie tylko podział na akty o rozmaitych tytułach i wspomniana wcześniej teatralizacja, ale także konstrukcja całego filmu przywodząca na myśl rozpisywane dawniej przez twórców intrygi. Widać tu balansowanie między groteską a wciąganiem widza coraz głębiej w świat podstępu i tajemnic.
Z pewnością warto zaznaczyć tu bardzo dobre kreacje aktorskie wszystkich trzech aktorek. Emma Stone wypadła bardzo dobrze jako postać o mrocznym obliczu. Rachel Weisz kolejny raz potwierdziła swój talent i kunszt aktorski. Najbardziej chyba jednak zaznaczyła się postać królowej grana przez Olivię Colman, w której wybrzmiewa cała gama emocji, od głośnego bólu po ciche uczucie nadziei. Fantastyczna kreacja aktorska!
Trudno mi ocenić ten film, bo z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że Lanthimos po raz kolejny osiągnął swój cel. Pozostaje więc zadać sobie pytanie, czy ten typ kina, dostarczającego tę określoną gamę emocji i doświadczeń, takiego dyskomfortu, przypada danemu widzowi do gustu. „Faworyta” wydaje się być przede wszystkim próbą stworzenia przez Lanthimosa obrazu przystępniejszego dla szerszego grona i ukazaniem zgrabnego posługiwania się rozmaitymi zabiegami przez twórcę i szokowaniem, za którym nie idzie refleksja, która zostałaby z nami na dłużej (mimo tego, że z pewnością zapamiętamy na długo sam obraz). Symbolika, która pojawia się w filmie jest dość prosta i nie daje nam satysfakcji jej „rozgryzienie”.
Nie można odmówić temu filmowi wymienionych wcześniej walorów i trzeba je docenić, jednak w moim odczuciu aspekty te nie są równoznaczne z dziełem, do którego chciałoby się wracać.  Myślę, że jest to w dużej mierze kwestia gustu i oczekiwań widza. Seans „Faworyty”, mimo dostrzeżenia zalet, nie dostarczył ani większej przyjemności, ani głębszej, naprawdę wartościowej refleksji. Reżyserski kunszt i umiejętność stosowania rozmaitych technik to dla mnie zdecydowanie za mało.
A Wy co sądzicie o najnowszym filmie Lanthimosa?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Niezwykłe przygody Lilki, czyli "Historie zamiecione pod dywan"

Dziś recenzja książki autorstwa Agnieszki Zimnowodzkiej „Historie zamiecione pod dywan” :) Kiedy zobaczyłam tę książkę wśród zapowiedzi, od razu stwierdziłam, że chętnie ją przeczytam i zrecenzuję. W pierwszej chwili pomyślałam o przedmiotach, których odnalezienie stanie się przyczynkiem do stworzenia fantastycznych historii. Zastanawiałam się nad tym, czy autorka poszła w kierunku nostalgii czy raczej kreowania zupełnie nowych przygód. Okazuje się, że wybrała drugą możliwość. Dziewczynka o imieniu Lilka gromadzi całe mnóstwo przedmiotów pod dywanem w swoim pokoju. Za każdym razem kiedy sięga po rzecz, która się tam znajduje, przenosi się w inną rzeczywistość i staje się uczestniczką różnych przygód. Jest to misz – masz. Poznaje ona obcą kulturę, trafia do nieco surrealistycznej przestrzeni jak ze snu, a nawet przenosi się z bratem do jednej z możliwych wersji przyszłości. Czy brzmi to zachęcająco? Tak! Pomysł jest naprawdę interesujący. Co jednak z wykonaniem? Historie są bardzo krótk…

"Żona". Będzie gorzko!

Choć wielu z pewnością najnowszy film Bjorna Runge’a się spodobał, mnie niestety rozczarował i to w jeden z najgorszych sposobów - oszukując. Wprowadzeni w świat rzeczywistości filmowej poznajemy starsze małżeństwo. Od początku jednak daje się wyczuć, że „coś tu jest nie tak”. A co jest nie tak, wyczuwamy bardzo szybko. Jest to właśnie największy mankament filmu – schematyczność. Od fabuły po portrety charakterologiczne postaci – wszystko tak znane i ograne, że aż na każdym kroku drażniące. Kreacje bohaterów są wręcz skrojone na miarę stereotypów znanych nam z literatury czy kinematografii. Nie ma tu miejsca na zaskoczenia. Każda cecha wybrzmiewa w 200%, co sprawia, że bohaterowie są jako ludzie zupełnie niewiarygodni. Są wręcz tekturowymi karykaturami. Zahukany i pełen kompleksów syn mówi i zachowuje się tylko podkreślając ten element swego charakteru i życiorysu. Towarzyski i podziwiany przez ludzi ojciec na każdym kroku uśmiecha się wesoło i sypie anegdotami. Ojciec w latach wcześn…

"Green book", czyli... słodko - gorzka opowieść o poszukiwaniu tożsamości

Z pewnym sceptycyzmem podchodziłam do najnowszego filmu, który wyreżyserował Peter Farrelly. Obawiałam się powtórki „Nietykalnych”. Na szczęście jestem bardzo mile zaskoczona.  Wbrew temu, czego można się spodziewać po opisie, nie jest to lekka i ciepła komedia. A przynajmniej nie tylko. Pod pozorem tej lekkości formy, przemycane zostają całkiem poważne, o dużym ciężarze emocjonalnym treści. To, co chcę podkreślić już teraz, a jest w mojej ocenie ogromną zaletą, to wymykanie się schematowi, którego można się spodziewać po przeczytaniu opisu. Mimo tego, że mają oczywiście miejsca, które krzyczą widzom, że są stworzone specjalnie dla nich, nie jest to nachalne, a akcenty zostają całkiem nieźle zrównoważone. Poznajemy dwóch mężczyzn, którzy pozornie nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. A jednak na zasadzie tych kontrapunktów budują niezwykłą więź i porozumienie, w jakiś sposób uzupełniając się wzajemnie. Można jednak odnieść wrażenie, że to jeden z nich staje się swego rodzaju przewodni…